W Jerozolimie zaś znajduje się sadzawka Owcza, nazwana po hebrajsku Betesda, zaopatrzona w pięć krużganków. Wśród nich leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych. Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego: Czy chcesz stać się zdrowym? Odpowiedział Mu chory: Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny wchodzi przede mną. Rzekł do niego Jezus: Wstań, weź swoje łoże i chodź! (J5, 2 - 8)
Nie mam człowieka! To może być oskarżenie. Tylu ludzi wokół i żadnej pomocnej ręki. Cierpiący skazany na samotność, odrzucenie. Nie jest potrzebny, bo przez chorobę nic nikomu nie może dać. Jest tylko ciężarem. Jezus dostrzega człowieka. Wyciąga ku niemu dłoń - czy chcesz stać się zdrowym?
Nie mam człowieka! Wymówka, by nic w życiu nie zmieniać. Paraliż jest symbolem duchowego lenistwa, oznacza przyzwyczajenie do swojej choroby. Stan, mimo że ciężki, wydaje się lepszy od tego, co nowe. Stąd lęk przed uzdrowieniem.
Różne praktyki wielkopostne, sakrament pojednania, ale czy naprawdę chcę zmiany? Moja rzeczywistość może i trochę ugniata, nie jest zbyt wygodna, ale nie wiadomo, co by się stało, gdybym coś zmienił. Może lepiej pozostać przy tym, co dobrze znane?
Opowiadanie o p. Zającowej
Pani
Zającowa leżała obłożnie chora. Pan Zając padł ofiarą ludzkich polowań. Siedem małych zajączków pozostawionych było
praktycznie na łasce losu.
Oczywiście, sąsiedzi nie zapomnieli o obowiązku odwiedzenia
chorej. I tak przyszedł najpierw jeż i powiedział: „z czasem się poprawi”. Z późnym wieczorem zjawiła się sowa z
pocieszeniem: „cierpliwości, czeka cię
nagroda”. Następnego dnia wpadła na chwilę ruchliwa mysz polna i przypomniała:
„głowa do góry sąsiadko! Każdy ma swój
krzyż do dźwigania”. Koło południa przyszła sarna i szepnęła chorej do
ucha, że „nie taki diabeł straszny, jak
go malują”.
Zającowa nie mogła jednak w tych wszystkich słowach odnaleźć
dla siebie jakiejś pociechy. A miała już dosyć, gdy w domu zjawili się nowi
goście: kot ze swoim beztroskim: „jakoś
to będzie” i kret z „wszystko dobrze,
co się dobrze kończy”.
Chora była na granicy rozpaczy. Słowami bowiem można
doprowadzić wszystko do absurdu. W domu było głodno i chłodno, a tu znikąd
żadnej pomocy, tylko słowa... słowa... słowa. I gdy tak rozmyślała nad
marnością swego zajęczego losu, przyszły po cichu mrówki. Te nie mówiły nic.
Przyniosły bukiet niezapominajek, nakarmiły małe zajączki, posprzątały chatę i
poszły sobie.
1) Czy potrafię zobaczyć człowieka potrzebującego pomocy? Jak reaguję?
2) Czy nie ma we mnie lęku przed nawróceniem, zmianą życia?
3) Czy nie przyzwyczaiłem się do grzechu?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz