zachód słońca

zachód słońca

wtorek, 30 czerwca 2015

Wtorek XIII Tygodnia Zwykłego

    Gdy wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: Panie, ratuj, giniemy! (Mt 8, 23-25).

   Piękna pogoda. Bezchmurne niebo. I nagle burza. I to poczucie bezradności. Tak wiele prób - burz, przez które dane nam było już przejść, których dane nam było doświadczyć. 

     Kiedy trwoga, to do Boga. On się nie obraża. W tym wołaniu naszym, w wołaniu apostołów, budzących Jezusa jest ziarnko wiary. Można przecież nie prosić o pomoc. Można się miotać w bezradności i bezsile. 

     Prośba wymaga pokory. Człowiek pyszny chce wszystko osiągnąć sam. Sukces jest tylko jego własnością. Pokora potrafi uznać swoją niemoc, bezradność, zobaczyć kogoś drugiego i zwrócić się o pomoc. 


1. Czy potrafię uznać granice swoich możliwości?
2. Czy potrafię poprosić o pomoc?

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Uroczystość świętych Apostołów Piotra i Pawła

     Gdy Jezus przyszedł w okolice Cezarei Filipowej, pytał swych uczniów: Za kogo ludzie uważają Syna Człowieczego? A oni odpowiedzieli: Jedni za Jana Chrzciciela, inni za Eliasza, jeszcze inni za Jeremiasza albo za jednego z proroków. Jezus zapytał ich: A wy za kogo Mnie uważacie? (Mt 16,13-15).

     Piotr i Paweł. Filary Kościoła. Tak różni w swojej osobistej historii życia i powołania. Piotr - czyli skała. Znak solidności, trwałości, nieprzemijalności. Na tej skale zbuduję mój Kościół. I Paweł - Apostoł Narodów. Niezmordowany wędrowiec, z Duchem Świętym w misyjnych żaglach. 

       Oni musieli zmierzyć się z tym pytaniem spod Cezarei Filipowej. Za kogo mnie uważacie? Wiele razy musieli dawać odpowiedź. Osobistą, niewyuczoną, niewystudiowaną. Odpowiedź, za którą trzeba było zapłacić życiem. Piotr na krzyżu, Paweł ścięty mieczem. 

     To pytanie, na które ja również muszę dawać odpowiedź. Każdego dnia. Każdy mój wybór, każda decyzja jest odpowiedzią. Nie zawsze właściwą. I wtedy znów przychodzi On, ze swoim przebaczeniem i pytaniem: czy Mnie kochasz? 

      Wobec Niego nie można pozostać obojętnym. Każdy daje swoją odpowiedź na pytanie spod Cezarei Filipowej.

1. Na ile w podejmowanych decyzjach towarzyszy mi perspektywa wiary?
2. Jaką odpowiedź dałbym dziś Jezusowi pod Cezareą?

niedziela, 28 czerwca 2015

XIII Niedziela Zwykła

    Jezus obrócił się w tłumie i zapytał: "Kto się Mnie dotknął?". Odpowiedzieli Mu uczniowie: "Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz: "Kto się Mnie dotknął?". On jednak rozglądał się, by ujrzeć tę, która to uczyniła, Wtedy kobieta przyszła zalękniona i drżąca, gdyż wiedziała, co się z nią stało, upadła przed Nim i wyznała Mu całą prawdę" (Mk 5,30b-34).

     Jak wiele jeszcze musimy się nauczyć. Jak apostołowie. Idą z Jezusem i wciąż się uczą. Jeszcze tak wiele nie rozumieją. 

     Na pewno przeżywali chwile triumfu. Warto było Mu zaufać. Zyskuje na popularności. Taki tłum idzie za Nim. Może niektórzy im zazdroszczą. Są tak blisko Mistrza. Trochę splendoru spada również na nich. Są wśród najbliższych, wtajemniczeni. I ta wielka fala entuzjazmu. Tłum, który unosi Jego i ich drogą. 

     Jezus zdaje się nie widzieć tłumu. Szuka pośród wielu, którzy się do Niego cisną, tej jednej kobiety, która dotknęła się jego szaty. Dotknęła z wiarą. Dotknęła, by uzyskać zdrowie.

     Jezus nie poddaje się uwielbieniu tłumu. Widzi człowieka, który ma swoje imię, swoją historię, swoje problemy i radości. Indywidualnie. Po imieniu. Nie przychodzi zbawiać tłumu, lecz człowieka. 

       Rodzice często widzą wszystkie swoje dzieci, nauczyciele widzą klasę, pracodawca widzi pracowników, władza widzi ludzi, a prawo widzi przestępców. Widzimy ludzi. Jezus widzi człowieka. 

1. Czy nie próbuję klasyfikować ludzi wg własnych schematów i wyobrażeń?
2. Czy dostrzegam niepowtarzalność i wyjątkowość każdego człowieka?

sobota, 27 czerwca 2015

Sobota XII Tygodnia Zwykłego

    Gdy Jezus wszedł do Kafarnaum, zwrócił się do Niego setnik i prosił Go, mówiąc: Panie, sługa mój leży w domu sparaliżowany i bardzo cierpi. Rzekł mu Jezus: Przyjdę i uzdrowię go . Lecz setnik odpowiedział: Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale powiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie. Bo i ja, choć podlegam władzy, mam pod sobą żołnierzy. Mówię temu: Idź! - a idzie; drugiemu: Chodź tu! - a przychodzi; a słudze: Zrób to! - a robi. Gdy Jezus to usłyszał, zdziwił się i rzekł do tych, którzy szli za Nim: Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem tak wielkiej wiary (Mt 8,5-10).

    Setnik. Rzymski dowódca. Człowiek, który pewnie wiele razy widział ludzką śmierć, krew, cierpienie rannych i konających. Człowiek doświadczony w walce. Można zobojętnieć na cierpienie, krew, ból i śmierć. A on nie był obojętny.

      Setnik jest człowiekiem niezwykle
wrażliwym, skoro dostrzega cierpienie swojego sługi. On, nawykły do wydawania rozkazów, idzie, aby prosić. Zostawia na boku swoją żołnierską dumę, prawo do wydawania rozkazów. On, rzymski dowódca, zwraca się z do Żyda. To nie musiało się wszystkim podobać.  

      Źródłem jego wrażliwości jest wiara. Wiara tak wielka, jakiej nie było w Izraelu. Wiara uczy wrażliwości i empatii. Wiara pozwala zobaczyć cierpiącego, chorego, wiara uzdalnia, by wstawić się za kimś w potrzebie, bez obawy o utratę autorytetu. 

       Dowódca wstawia się za swoim sługą. Ale jednocześnie zachowuje wrażliwość wobec Jezusa. Dla Jezusa - Żyda wejście pod dach poganina wiązało się z zaciągnięciem nieczystości rytualnej. Dla Jezusa nie stanowi to problemu - wiele razy przekracza rytualne ograniczenia, gdy chodzi o człowieka. Ale setnik nie chce narażać także Jego. Doskonale orientuje się w uwarunkowaniach i lokalnych niuansach. Nikomu nie chce zaszkodzić. 

     Setnik nie szuka w tym swojej własnej chwały. Szuka dobra swojego sługi, szuka bezpieczeństwa Jezusa. Taka wrażliwość serca wypływa ze źródła, jakim jest wiara. 

1. Czy jestem człowiekiem wrażliwym na innych?
2. Czy modlę się za tych, którzy są w potrzebie?

piątek, 26 czerwca 2015

Wakacje czas zacząć



    Wszystkim czytelnikom bloga na czas urlopów i wakacji udanego odpoczynku i nabrania sił, Bożego błogosławieństwa i bezpiecznego wypoczywania. 

    Wszystkich zaglądających tu systematycznie przepraszam, że w okresie wakacji nie każdego dnia będzie możliwe zaczerpnąć z okruchów Słowa, ale nie zawsze będę mógł liczyć na połączenie. Warto samodzielnie sięgać po Słowo - Pan Bóg karmi, jeżeli człowiek chce się posilić.

Piątek XII Tygodnia Zwykłego

         Gdy Jezus zeszedł z góry, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto zbliżył się trędowaty, upadł przed Nim i prosił Go: Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić. /Jezus/ wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: Chcę, bądź oczyszczony! I natychmiast został oczyszczony z trądu (Mt 8,1 - 3).

   Jezus schodzi z góry błogosławieństw. Wchodzi pomiędzy ludzi. 

   Bóg daleki, Bóg gdzieś wysoko. Bóg, do którego człowiek pokaleczony grzechem, trądem nie może dotrzeć o własnych siłach. Bóg na górze. 

    Jezus schodzi z góry - wchodzi między ludzi, staje się Bogiem bliskim. Nie zraża się ludzką niedoskonałością i grzechem. Pozwala podejść do siebie trędowatemu, dotyka i uzdrawia.

      Trzeba tylko uwierzyć. Trędowaty wierzy. Nie poddaje w wątpliwość mocy Tego, który zszedł z góry. Zdaje się całkowicie na Jego moc i miłosierdzie. Jeśli chcesz. 

     Chcę, bądź oczyszczony. Bóg nie chce naszego trwania w grzechu, w chorobie. Chce nam przywrócić ludzką godność, przywrócić nas sobie i ludziom. Pozwolić wyjść z łachmanów i brudu grzechu. Chce uzdrowić twoje rany, uleczyć twój ból. Chce, byś miał życie, chce wyzwolić cię z grzechu. Bóg nie godzi się na odbieranie człowiekowi godności. Dlatego zszedł z góry. 

1. Czy z wiarą podchodzę do sakramentu pojednania?
2. Czy dostrzegam w grzechu naruszenie mojej ludzkiej godności? Czy może tylko naruszenie jakiegoś zakazu lub nakazu?

czwartek, 25 czerwca 2015

Czwartek XII Tygodnia Zwykłego

     Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki (Mt 7,24-27).

     Dzisiaj w miejscu refleksji umieszczę fragmenty kazania papieża Benedykta XVI, które zostało wygłoszone w Krakowie w 2006 r. Długi tekst można sobie podzielić na fragmenty do refleksji indywidualnej:

    W sercu każdego człowieka, moi przyjaciele,
jest pragnienie domu. Tym bardziej młode serce przepełnia przeogromna tęsknota za takim domem, który będzie własny, który będzie trwały, do którego będzie się nie tylko wracać z radością, ale i z radością przyjmować każdego przychodzącego gościa. To tęsknota za domem, w którym miłość będzie chlebem powszednim, przebaczenie koniecznością zrozumienia, a prawda źródłem, z którego wypływa pokój serca. To tęsknota za domem, który napełnia dumą, którego nie trzeba będzie się wstydzić i którego zgliszczy nigdy nie trzeba będzie opłakiwać. To pragnienie jest niczym innym jak tęsknotą za życiem pełnym, szczęśliwym, udanym. Nie lękajcie się tej tęsknoty! Nie uciekajcie od niej! Niech was nie zniechęca widok domów, które runęły, pragnień, które obumarły.

      Nasuwa się pytanie: „Jak budować ten dom?” Zapewne to pytanie niejeden raz kołatało do waszych serc i jeszcze niejeden raz się pojawi. To jest pytanie, które nie raz trzeba sobie stawiać. Każdego dnia musi odzywać się w sercu: jak budować ten dom, któremu na imię życie? Jezus, którego słowa zapisane w Ewangelii według św. Mateusza usłyszeliśmy dzisiaj, wzywa nas do budowania na skale. Bo tylko wtedy dom nie może runąć. Co to znaczy budować na skale? Budować na skale to przede wszystkim budować na Chrystusie i z Chrystusem. (...) Nie chodzi tu o puste słowa, wypowiedziane przez kogokolwiek, ale o słowa Jezusa. Nie chodzi o słuchanie kogokolwiek, ale o słuchanie Jezusa. Nie chodzi o wypełnianie czegokolwiek, ale o wypełnianie słów Jezusa.

    Budować na Chrystusie i z Chrystusem znaczy budować na fundamencie, któremu na imię miłość ukrzyżowana. To budować z Kimś, kto znając nas lepiej niż my sami siebie, mówi do nas: „drogi jesteś w moich oczach, nabrałeś
wartości i Ja cię miłuję” (Iz 43, 4). To budować z Kimś, kto zawsze jest wierny, nawet jeśli my odmawiamy wierności, bo nie może zaprzeć się samego siebie (por. 2 Tm 2, 13). To budować z Kim., kto stale pochyla się nad zranionym ludzkim sercem i mówi: „Ja ciebie nie potępiam. Id. i odtąd już nie grzesz” (J 8, 11). To budować z Kim., kto z wysokości krzyża wyciąga ramiona i powtarza przez całą wieczność: „Życie moje oddaję za ciebie, bo cię kocham, człowieku”. 

     Budować na Chrystusie to wreszcie znaczy oprzeć wszystkie swoje pragnienia, tęsknoty, marzenia, ambicje i plany na Jego woli. To powiedzieć sobie, swojej rodzinie, przyjaciołom i całemu światu, a nade wszystko samemu Chrystusowi: „Panie, nie chcę w życiu robić nic przeciw Tobie, bo Ty wiesz, co jest najlepsze dla mnie. Tylko Ty masz słowa życia wiecznego” (por. J 6, 68). Moi przyjaciele, nie lękajcie się postawić na Chrystusa! Tęsknijcie za Chrystusem, jako fundamentem życia! Rozpalajcie w sobie pragnienie tworzenia waszego życia z Nim i dla Niego! Bo nie przegra ten, kto wszystko postawi na miłość ukrzyżowaną Wcielonego Słowa.

       Budować na skale, to znaczy również budować na Kimś, kto jest odrzucony. Św. Piotr mówi do swoich wiernych o Jezusie jako „żywym kamieniu, odrzuconym przez ludzi, ale u Boga drogocennym i wybranym” (1 P 2, 4). Niezaprzeczalny fakt, że Bóg wybrał Jezusa, nie ukrywa tajemnicy zła, które sprawia, że człowiek jest w stanie odrzucić Tego, który go do końca umiłował. To odrzucenie Jezusa przez ludzi, o którym mówi św. Piotr, powtarza się w historii ludzkości i sięga również naszych czasów.

     Budować na skale to znaczy mieć świadomość, że mogą pojawić się przeciwności. Chrystus mówi: „Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom” (Mt 7, 25). Te naturalne zjawiska nie tylko są obrazem różnorakich przeciwności ludzkiego losu, ale także wskazują na ich normalną przewidywalność. Chrystus nie obiecuje, że na budowany dom nie spadnie ulewny deszcz, nie obiecuje, że wzburzona fala ominie to, co nam najdroższe, nie obiecuje, że gwałtowne wichry oszczędzą to, co budowaliśmy nieraz kosztem wielkich wyrzeczeń. Chrystus rozumie nie tylko tęsknotę człowieka za trwałym domem, ale jest w pełni świadomy wszystkiego, co może zburzyć trwałe szczęście człowieka. Nie dziwcie się więc przeciwnościom, jakiekolwiek są! Nie zrażajcie się nimi! Budowa na skale to nie ucieczka przed żywiołami, które są wpisane w tajemnicę człowieka. Budować na skale znaczy mieć świadomość, że w trudnych chwilach można zaufać pewnej mocy.

     Co to znaczy budować na skale? To znaczy
budować mądrze. Jezus nie bez powodu przyrównuje tych, co słuchają Jego słów i stosują je w praktyce, do człowieka mądrego, który zbudował dom na skale. Głupotą jest bowiem budować na piasku, kiedy można na skale, dzięki której dom będzie mógł się oprzeć każdej zawierusze. Głupotą jest budować dom na takim gruncie, który nie daje pewności przetrwania w najtrudniejszych chwilach. Kto wie, może i łatwiej postawić swoje życie na ruchomych piaskach własnej wizji świata, może łatwiej budować bez Jezusowego słowa, a czasem i wbrew temu słowu. Ale kto tak buduje, nie jest roztropny, bo wmawia sobie i innym, że żadna burza nie rozpęta się w jego życiu i w jego dom nie uderzą żadne fale. Być mądrym to wiedzieć, że trwałość domu zależy od wyboru fundamentu. Nie lękajcie się być mądrzy, to znaczy nie lękajcie się budować na skale!

     Rozważając słowa Chrystusa o skale jako odpowiednim fundamencie dla domu, nie możemy nie dostrzec, że ostatnie słowo to słowo nadziei. Jezus mówi, że choć rozszalały się żywioły, „dom nie runął, bo na skale był utwierdzony”. Jest w tym Jego słowie jakaś niesamowita ufność w moc fundamentu, wiara, która nie lęka się próby, gdyż jest potwierdzona przez śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. To wiara, którą po latach wyzna św. Piotr w swoim liście: „Oto kładę na Syjonie kamień węgielny, wybrany, drogocenny, a kto w niego wierzy, na pewno nie zostanie zawiedziony” (1 P 2, 6). „Na pewno nie zostanie zawiedziony...” 

    Lęk przed porażką może czasami zniweczyć nawet najpiękniejsze marzenia. Może sparaliżować wolę i odebrać wiarę, że istnieje dom zbudowany na skale. Może skłonić do uwierzenia, że tęsknota za domem to tylko młodzieńcze pragnienie, a nie projekt na życie. Odpowiedzcie na ten lęk razem z Jezusem: „Nie runie dom, gdy na skale będzie utwierdzony!” Odpowiedzcie na wątpliwości razem ze św. Piotrem: „Kto wierzy w Chrystusa, na pewno nie dozna zawodu!” Bądźcie świadkami nadziei, tej nadziei, która nie boi się budować domu swojego życia, bo dobrze wie, że może liczyć na fundament, który nie zawiedzie nigdy: Jezusa Chrystusa, naszego Pana.

1. Na jakim fundamencie buduję swoje życie?
2. Czy mam świadomość przeciwności?

środa, 24 czerwca 2015

Uroczystość narodzenia św. Jana Chrziciela

    Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię, i chcieli mu
dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, lecz ma otrzymać imię Jan. Pytali więc znakami jego ojca, jak by go chciał nazwać. On zażądał tabliczki i napisał: Jan będzie mu na imię. I wszyscy się dziwili. A wszyscy, którzy o tym słyszeli, brali to sobie do serca i pytali: Kimże będzie to dziecię? Bo istotnie ręka Pańska była z nim. Chłopiec zaś rósł i wzmacniał się duchem, a żył na pustkowiu aż do dnia ukazania się przed Izraelem (Łk 1,59-60.62-63.66).

    Nim rodzice wybrali moje imię, Bóg już je znał. Nazwał mnie po imieniu i powstałem. Nadał mi imię i dzięki temu inni mogą się do mnie zwrócić, a ja mogę im odpowiedzieć. Bóg wciąż wypowiada moje imię i w ten sposób wciąż na nowo wzywa mnie do wzrastania, daje mi siłę, bym wciąż szedł ku Niemu. I temu dziecku też chcieli nadać imię jego ojca - Zachariasza. Ale Bóg miał inne plany. 

     Jan - Bóg jest łaskawy. Jego łaska objawia się w tym wypadku w narodzeniu Jana. Elżbieta była niepłodna. Była już starszą kobietą i kiedy anioł przyszedł do Zachariasza, ten zwątpił.  I mimo ludzkiego zwątpienia Bóg okazuje swoją łaskę - niepłodna rodzi Jana. I w tym imieniu, które Elżbieta wybiera dla syna,  a które potwierdził Zachariasz pisząc na tabliczce, zawiera się dziękczynienie dla Stwórcy - Bóg jest łaskawy!

      I dziwili się, pytali jeden drugiego: Kimże będzie to dziecię? Rodzice pochylają się nad łóżeczkiem niemowlęcia i często pytają o to samo. Kim on, ona będzie? W tym pytaniu zawiera się pragnienie szczęścia dla dziecka, często wielkie nadzieje i ambicje rodziców. Czy dziecko je spełni?


     Przyjdzie czas, kiedy ukaże się przed Izraelem. Być może wtedy nikt już nie będzie pamiętał tych niezwykłych urodzin, tych pytań i nadziei. Ale być może przypomną sobie, że Zachariasz był stary, Elżbieta też podeszła w latach. Być może ta pamięć będzie również przeszkodą, by zobaczyć w Janie posłańca Bożego. Łatwo przecież sobie wytłumaczyć jego dziwactwa - życie na pustyni, chodzenie w wielbłądziej skórze i sandałach, żywienie się miodem i szarańczą późnym urodzeniem. Urodził się za późno - rodzice byli starzy, może z jego głową coś nie jest w porządku. 

     Gdyby pamiętali te niezwykłe wydarzenia urodzin, być może przyjęliby jego posłanie. Jan stanie przed Izraelem w mocy ducha. Będzie głosił bliskość Królestwa Bożego. I zostanie uwięziony i stracony. 

     Jak trudno dostrzec działanie Boga w codzienności, kiedy ludzki rozum wszystko próbuje zracjonalizować.

1. Czy dostrzegam działanie Pana Boga w swoim życiu?
2. Czy nie próbuję wszystkiego wytłumaczyć sobie "po ludzku"?

wtorek, 23 czerwca 2015

Wtorek XII Tygodnia Zwykłego

     Wszystko więc, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie! Albowiem na tym polega Prawo i Prorocy. Wchodźcie przez ciasną bramę. Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują (Mt 7,12-14).

      Lubimy autostrady. Jedzie się szybko, wygodnie, nie ma skrzyżowań i świateł. Jedynie bramki co jakiś czas powodują spowolnienie. Ogólnie łatwo, szybko, przyjemnie...

     I tak samo chciałoby się pomknąć autostradą do nieba. Wygodnie, bez tłoku, bez korków. Bez zbędnych dylematów moralnych i świateł, które każą czasem się zatrzymać. 

      A Pan Jezus przestrzega przed przestronną i łatwą drogą. Można się wówczas zagubić. Można nie zauważyć drugiego człowieka, można nie zauważyć w tym pośpiechu i wygodzie Pana Boga. 

     Pięknie napisał kiedyś o tym ks. Jan Twardowski:
Zaufałem drodze
Wąskiej
takiej na łeb na szyję
z dziurami po kolana
takiej nie w porę jak w listopadzie spóźnione buraki
i wyszedłem na łąkę stała święta Agnieszka
--- nareszcie --- powiedziała
--- martwiłem się już
że poszedłeś inaczej
prościej
po asfalcie
autostradą do nieba --- z nagrodą do ministra
i że cię diabli wzięli

1. Czy w dokonywanych wyborach życiowych nie kieruję się kryterium łatwości i wygody?
2. Czy nie odrzucam ewangelicznych wymagań na drodze wiary?

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Poniedziałek XII Tygodnia Zwykłego

    Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? Albo jak możesz mówić swemu bratu: Pozwól, że usunę drzazgę z twego oka, gdy belka /tkwi/ w twoim oku? Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata (Mt 7,3-5).

    Każdego niemal roku muszę udać się z wizytą
do okulisty. Muszą się tam również pojawić ludzie zdrowi, którzy np. starają się o prawo jazdy. Każdy uczeń w szkole przechodził pewnie takie badanie oczu. Oto pojawia się tabliczka, a na niej literki i cyferki. Zabawa polega na odczytaniu tych najmniejszych - im mniejsze literki odczytujesz, tym lepszy stan twojego oka.

     Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii pojawia się niczym okulista. Jego diagnoza brzmi zupełnie inaczej. Im mniej dostrzegalny błąd bliźniego widzisz (tylko drzazga wystarczy), tym bardziej twoje oko wymaga ingerencji. Prawdopodobnie w twoim oku utkwiła belka i trzeba ją wyjąć, byś inaczej popatrzył na drugiego człowieka. 

     Naprawę świata trzeba zaczynać od siebie. Dopóki w oku człowiek ma belkę, zawsze będzie starał się usuwać drzazgi u innych, bo nie będzie potrafił zobaczyć własnych problemów. Wyciąganie drzazgi z oka bliźniego, kiedy samemu nosi się tam belkę może przynieść fatalne skutki. Pierwsze zadanie ucznia, to usuwać belki z własnych oczu, by lepiej widzieć, by nie osądzać drugiego człowieka. 

O naprawie Kościoła

Jeden z dziennikarzy zapytał kiedyś Matkę Teresę:
- co, zdaniem siostry, należałoby zmienić w Kościele na lepsze?
- Ciebie i mnie, drogi panie - odrzekła błogosławiona.

1. Czy dostrzegam potrzebę własnej przemiany?
2. Czy nie mam innej miary dla siebie i dla bliźniego?

niedziela, 21 czerwca 2015

XII Niedziela Zwykła

     Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? (Mk 4,37 - 40)

     Cały dzień głosił dobrą nowinę. Wiele przypowieści, spotkanie z rzeszami. Pod wieczór, kiedy wypłynęli na jezioro, zmęczony trudem dnia zasypia w łodzi. Twardy sen - nie docierają do Niego głosy apostołów, ich niepokój, uderzające w łódź gwałtowne fale. Śpi. 

    Nie chcą Go budzić. On się już napracował. Teraz ich kolej - woda to ich rzemiosło. Ale przychodzi ten moment, kiedy widzą, że ich umiejętności, doświadczenie, wysiłek wylewania wody za burtę nie wystarcza. Są skazani na zagładę. Wtedy Go budzą - czy cię to nie obchodzi?

     To wyraźny zarzut! Nie obchodzimy Go! Jezus odpowiada na zarzut czynem. Ucisza
burzę. Ale również czyni zarzut apostołom. Jakże wam brak wiary! To może dziwić. Po ludzku przecież się starali, a kiedy ludzkie siły stały się niewystarczające zwrócili się w zaufaniu do Tego, który mógł zadziałać. Dlaczego zatem wyrzut małej wiary?

     Zabrakło im wiary w Ojca. Jezus śpi spokojnie pośród burzy, bo ufa Ojcu, który otacza ich troską. Apostołom zabrakło tej wiary w moc Ojca. To na Niego wskazuje Jezus - to jest prawdziwe źródło mocy. Pozorna nieobecność Jezusa być może jest szansą, by odkryć i zaufać mocy Ojca. Obecność Jezusa w łodzi nie jest gwarancją spokojnego życia - Jezus daje gwarancję dotarcia na drugi brzeg pośród burzy, ale bez jej omijania.

1. Czy w niepowodzeniu nie poddaję się zbyt łatwo?
2. Czy potrafię ufać w trudnych doświadczeniach Bogu?

sobota, 20 czerwca 2015

Sobota XI Tygodnia Zwykłego

      Jezu powiedział do swoich uczniów: Nikt nie może dwom panom służyć. Bo albo jednego będzie nienawidził, a drugiego będzie miłował; albo z jednym będzie trzymał, a drugim wzgardzi. Nie możecie służyć Bogu i Mamonie (Mt 6,24).

    Bóg i bożki. Mniejsze, większe. Moglibyśmy
wymienić ich dużo, istnieją w naszym życiu, chociaż staramy się oddawać cześć Bogu jedynemu, który od początku przymierza domaga się wyłączności. Te bożki istnieją w naszym życiu, wpychają się na ołtarz, próbując wyprzeć z naszego życia Stwórcę. Władza, pieniądze, kariera, praca, i wiele innych idoli. A Bóg domaga się wyłączności.

     Największym zagrożeniem dla Boga, który powinien zajmować pierwsze miejsce w moim życiu, jestem ja sam. Moim idolem, bożkiem, jest moje „ja”. Wszystko inne, władza, kariera, sukces, pieniądze – to tylko bogowie pośredni, mniejsi, służący temu najważniejszemu. Karmią potwora egoizmu, pychy, próżności nowymi uczuciami, doznaniami, zdobyczami. A Bóg domaga się ode mnie odrzucenia tego idola: Nie możecie służyć Bogu i Mamonie…

     Miałem sen. Niczym z Boskiej Komedii Dantego. Schodziłem w otchłań jakiejś jaskini. Prowadził mnie anioł. Na samym dnie krąg kamiennych figur otaczał pewien punkt w samym środku. A w środku… nie ma nic. Dopiero po pewnym czasie domyśliłem się raczej, aniżeli zobaczyłem, że znajduje się tam pyłek, mały punkcik, mikroelement, który donośnym głosem wołał, że jest centrum wszechświata – moje „ja”.

Świadectwo

      To było w Armenii. Wszedłem do pustego kościoła. I nagle zza kamiennej kolumny wykuśtykał, wlokąc za sobą sparaliżowaną nogę wieśniak, z przekrzywioną głową i błędnym
wzrokiem. Padł przede mną na kolana i zaczął całować mi dłonie. Poczułem, jak w jednej chwili wypełza mi na twarz uśmiech samozadowolenia. Nie pojawia się, nie rozjaśnia oblicza, ale właśnie wypełza – czułem wyraźnie to wypełzanie zadowolonego z siebie, sytego, próżnego potwora. Po sekundzie poczułem przerażenie, ale było już o tę sekundę za późno. Zdążyłem przyjąć wasalny hołd od upośledzonego psychicznie nieszczęśnika. Są ludzie, którzy karmią się wzrokiem innych, do swych triumfów potrzebują świadków. Mojemu „ja” jako obserwator wystarczyłem ja.

1. Czy mam dystans do samego siebie?
2. Czy nie karmię własnego egoizmu pozorami dobra?

piątek, 19 czerwca 2015

Piątek XI Tygodnia Zwykłego

    Jezus powiedział do swoich uczniów: Nie gromadźcie sobie skarbów na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną. Gromadźcie sobie skarby w niebie, gdzie ani mól, ani rdza nie niszczą i gdzie złodzieje nie włamują się i nie kradną. Bo gdzie jest twój skarb, tam będzie i serce twoje
(Mt 6,19 - 21)
.

     Pieniądz jest tym bożkiem, który gdy wejdzie do ludzkiego serca, wnet usunie wszelką myśl o liczeniu się z Panem Bogiem. Istnieją bożki, które wydają się jawnie konkurencyjne względem jedynego Boga, ale są i takie, które wyglądają całkiem dobrodusznie, pozornie nieszkodliwie. Nie „ustawiają się” przeciwko Bogu, ale istnieją „obok”, powoli zagarniając całe ludzkie serce. Bóg wówczas nie jest jakimś wrogiem do zwalczania, jest kimś zupełnie zbędnym, zlekceważonym.

    Pieniądz sam w sobie jest dobry, jak dobra jest praca, stanowisko naukowe, uznanie społeczne, dziecko, działka. Kiedy staje się zabójcą zaufania do Boga w człowieku? Kiedy uzurpuje sobie prawo do rozstrzygania o ludzkim spełnieniu.

   Pieniądz uzurpuje sobie prawo do podtrzymywania czy też gwarantowania człowiekowi życia. Jakby to nie Bóg był autorem życia w człowieku. Jakby to nie Jego tchnieniu człowiek zawdzięczał także to życie w każdym momencie i wydarzeniu.

    Nie chodzi w życiu o to, by być biednym czy bogatym. Chodzi o to, by być wolnym. 

1. Czy jestem wolny od chciwości?
2. Jak korzystam z bogactw materialnych?

czwartek, 18 czerwca 2015

Czwartek XI Tygodnia Zwykłego

       Jezus powiedział do swoich uczniów: Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi jak poganie. Oni myślą, że przez wzgląd na swe wielomówstwo będą wysłuchani. Nie bądźcie podobni do nich! Albowiem wie Ojciec wasz, czego wam potrzeba, wpierw zanim Go poprosicie (Mt 6,7 - 9).

      Modlitwa jest spotkaniem. Ojciec wie, czego potrzeba. Potrafi po jednym geście, jednym słowie odczytać potrzeby dziecka. Nie jest potrzebne gadulstwo. Ten kto kocha, często rozumie bez słów. Jak zakochani, którzy potrafią być z sobą wiele czasu bez słów.

       To nie znaczy, że słowa nie są potrzebne. One wyrażają nasze zaufanie, naszą miłość. To nimi komunikujemy nasze potrzeby i pragnienia, by stały się czytelne dla drugiego. Długie przebywanie bez słów nawet zakochanym mogłoby wprawić w kłopot i postawić pod znakiem zapytania ich miłość

      Jezus nie neguje potrzeby słów - uczy sam modlitwy Ojcze nasz i prosi uczniów, by tymi słowami się modlili do Ojca. Ukazuje, że prośba ma być prosta i czytelna. Nie ma potrzeby nadmuchiwania balonu słów, spośród których On ma wyłowić, o co tak naprawdę nam chodzi. 

      Skoro modlitwa jest spotkaniem, to również On ma prawo powiedzieć coś do mnie. Dlatego trzeba zamilknąć, aby dać Bogu możliwość mówienia. Trzeba zamilknąć, aby dać sobie możliwość usłyszenia. Milczenie nie jest obojętnością. Milczenie musi być pełne uwagi i zainteresowania, zasłuchania i zapatrzenia, by słowa docierały do serca...

1. Czy umiem słuchać na modlitwie?
2. Czy potrafię słuchać drugiego człowieka?

      

środa, 17 czerwca 2015

Środa XI Tygodnia Zwykłego - wsp. św. br. Alberta

       Jezus powiedział do swoich uczniów: Strzeżcie się, żebyście uczynków pobożnych nie wykonywali przed ludźmi po to, aby was widzieli; inaczej nie będziecie mieli nagrody u Ojca waszego, który jest w niebie (Mt 6,1).

       Próżność. W każdym z nas jej trochę. Zależy nam, by inni dobrze o nas mówili, myśleli, pisali. Ale próżność może stać się celem sama w sobie, a wówczas wszystko, co człowiek czyni podyktowane jest chęcią zabłyśnięcia wśród ludzi. Człowiek staje się niewolnikiem ludzkich opinii i przestaje być sobą. Ubiera maski. Czyni i mówi rzeczy, do których nie ma żadnego przekonania, w które nie wierzy i które tak naprawdę go męczą. A wszystko dla ludzkiej chwały.

      Próżność może wyrastać z pragnienia, by udowodnić innym: ja to potrafię, dam sobie radę...Nie ważne, że nabawię się przy tym szczękościsku i będę zgrzytał zębami. Nie mogę powiedzieć, że czegoś nie potrafię, że na czymś się nie znam, bo stracę szacunek, narażę się na śmieszność. Może być obawa przed utratą pracy - bo zatrudnią kogoś młodszego, zdolniejszego, kogoś, kto potrafi. 

       Można też chcieć być w centrum zainteresowania. Zawsze w kręgu tych, którzy klaszczą i wznoszą ochy i achy... 

    W musicalu "Mały Książę" jest taki ładny tekst o próżności. 
Każdy w gruncie rzeczy
choć złorzeczy nie zaprzeczy,
że najbardziej na świecie
kocha się, kocha siebie samego,
nie innego lecz tego,
kogo w lustrze zobaczy
kto nie powie inaczej
jak tylko słowa te:
Ty jesteś najmądrzejszy
Ty jesteś najpiękniejszy
Ty jesteś najbogatszy
Ty jesteś najłaskawszy,
najlepiej ubrany
najładniej uczesany
wytworne masz maniery,
Twój uśmiech taki szczery
i piękne zęby masz
i taką gładką twarz
Ty jesteś tak zadbany
tak bardzo uwielbiany
Twój dowcip mnie zachwyca
Ty jesteś czar ... księżyca
Ty głosik masz słowiczy
Twych zalet wprost nie zliczy nikt
Ty jesteś i ideałem
ja ciebie pokochałem
jak lalka Tyś pocieszny
Ty jesteś taki 
ŚMIESZNY!

1. Jak sobie radzę z próżnością?
2. Jak reaguję na pochlebstwa?

wtorek, 16 czerwca 2015

Wtorek XI Tygodnia Zwykłego

      Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie (Mt 5,43 - 45).

   Skoro mam miłować nieprzyjaciół, to znaczy, że oni są. Jezus temu nie zaprzecza. I moja postawa wobec nich, wobec nieprzyjaciół, jest tak naprawdę sprawdzianem mojego chrześcijaństwa. A kto jest moim nieprzyjacielem?

    Ktoś inny – całkowicie różni się ode mnie. Ma inny gust, inne poglądy. Spotkania z nim są zawsze źródłem nieporozumień i cierpienia.

   Wróg – nieżyczliwych wokół nie brakuje. Zawsze potrafi wbić swoją szpilę złośliwości. Z jego strony zawsze mogę liczyć na krytykę, bez względu na to jak bardzo się staram i cokolwiek bym zrobił.

   Natręt – potrafi doprowadzić do rozpaczy. Zabiera mi mój cenny czas. Kiedy się pojawia, to zawsze w najmniej odpowiedniej chwili. Potrafi pojawić się w piątek o 15:05 – na pięć minut… do szesnastej… Jakby nie można było wcześniej…

   Człowiek o podwójnym obliczu. Udaje życzliwego, ale jest nielojalny. Potrafi zadać cios w plecy, udając przy tym przyjaźń. Co innego mówi, co innego robi, a jeszcze co innego potrafi myśleć.

  Prześladowca – świadomie szkodzi – oszczerstwem, obmową. Snuje różne insynuacje, potrafi upokorzyć. 


   Mam kochać moich nieprzyjaciół, powinienem ich poznać. Nie mogę ich ignorować. Widząc moich nieprzyjaciół, mogę określić pole mojej miłości.

    A my czasem udajemy przed sobą doskonałość – kochamy wszystkich bez wyjątku – na odległość, abstrakcyjnie – jak wielka jest nasza chrześcijańska miłość. Do momentu, aż ktoś nadepnie nam na odcisk albo tylko do tego momentu, kiedy ta wielka miłość domaga się ode mnie zrezygnowania z czegoś, dania czegoś z siebie – kiedy miłość domaga się wyrzeczenia, ofiary. 

    Uświadamiam sobie, że wciąż nie dorastam do Ewangelii, że oczekiwanie Jezusa wobec mnie jest dla mnie zbyt wielkie – składam się w końcu tylko z ciała (słabego) i kości (wystarczająco kruchych). Chyba się Jezus pomylił, stawiając tak wysoko poprzeczkę – nie przeskoczę. 

     Sytuacji wrogości nie mogę także uznawać za coś ostatecznego. Trzeba starać się coś zmienić. Jako chrześcijanin nie mogę zaakceptować, by wrogość utrwaliła się na zawsze. Czy jestem gotów ponieść koszty przekształcania relacji nieprzyjaźni i wrogości w relację przyjaźni i miłości? 

     Istnieje przecież święta przestrzeń, w której można odbudować relacje. Nie bez bólu. To kosztuje. Wymaga też sporej cierpliwości. Przecież również za moich nieprzyjaciół umarł Chrystus. Przy krzyżu nieprzyjaciel staje się bratem. Ważne jest to, by nie zaakceptować, nie uznać sytuacji wrogości za coś normalnego. Przestać odpłacać tą samą monetą. Nie godzić się na niekończące się spory. 

1. Kto jest dla mnie nieprzyjacielem?
2. Dla kogo ja mogę być nieprzyjacielem?
3. Czy troszczę się o poprawienie relacji wrogości?

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Poniedziałek XI Tygodnia Zwykłego - wsp. bł. Jolanty

    Słyszeliście, że powiedziano: "Oko za oko i ząb za ząb!" A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! (Mt 5,38 - 40).

     Prawo odwetu może łudzić poczuciem sprawiedliwości. Wydaje się proste w swojej istocie i bardzo czytelne. Gdyby jednak człowiek zaczął je stosować w praktyce, świat stałby się miejscem ślepców, ludzi bezzębnych i połamanych. Prawo odwetu nie jest sprawiedliwością. 

     Jezus pokazuje inną perspektywę - ustąp, odstąp, nadstaw policzek. Nie oznacza to jednak zawsze uległości totalnej, która powoduje niszczenie ludzkiej godności.

     Najlepszy przykład daje On sam. Postawiony przed Sanhedrynem i uderzony przez sługę najwyższego kapłana, nie nadstawia drugiego policzka. Stawia opór złu: jeśli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego, a jeżeli dobrze, to dlaczego mnie bijesz? 

     Nie będzie jednak odpłacał złem na zło: na zdradę nie
odpowie zdradą, lecz przebaczeniem, wobec oprawców nie będzie przeklinał, lecz się za nich modlił. Pięknie tą postawę Jezusa, a zarazem postawę, do której jesteśmy zaproszeni, wyraża autor listu do Rzymian: nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj. Odpowiadając dobrem złu wytrąca się broń z ręki. Odpowiadając złem nie pokonuje się zła - człowiek zostaje zwyciężony przez zło. Dlatego  św. Paweł jeszcze mocniej powie: Nikomu złem za złe nie odpłacajcie. 

1. Jakie reaguję na doświadczane zło?
2. Jak sobie radzę z emocjami "odpłacenia tym samym"


niedziela, 14 czerwca 2015

XI Niedziela Zwykła

    Jezus powiedział do tłumów: Z królestwem Bożym dzieje się tak, jak gdyby ktoś nasienie wrzucił w ziemię. Czy śpi, czy czuwa, we dnie i w nocy, nasienie kiełkuje i rośnie, on sam nie wie jak. Ziemia sama z siebie wydaje plon, najpierw źdźbło, potem kłos, a potem pełne ziarnko w kłosie. A gdy stan zboża na to pozwala, zaraz zapuszcza się sierp, bo pora już na żniwo (Mk 4,26-29).

     Ktoś wrzucił i w Twoje serce nasienie Bożego Królestwa. To było dawno. To było wtedy, gdy Twoją głowę kapłan polał wodą i wypowiedział słowa Ja ciebie chrzczę.... 

    Co stało się z tym ziarnem w Twoim sercu? Czy gdyby dzisiaj nadszedł czas żniwa, czy wtedy znalazł by Chrystus owoce tego wsianego wówczas ziarna? Czy to ziarno wyrosło już tak, że ktoś inny może czuć się bezpiecznie w jego cieniu? 

    A może jeszcze inaczej. Ziarno wzrasta
powoli. Czy nie jestem zbyt niecierpliwy, oczekując owoców? Cierpliwość wobec siebie i wobec bliźniego. Umiejętność dostrzegania, że najpierw musi się pojawić małe źdźbło. Umiejętność cieszenia się nawet niewielkim wzrostem na drodze wiary, bez zniechęcania się. 

      Ziemia sama z siebie wydaje plon. Dzięki łasce Pana Boga. Trzeba się na nią otwierać, by wydać owoce. Dać sobie i innym czas na dojrzewanie do żniwa, ale wciąż w otwarciu na wodę Bożej łaski.

O drodze do doskonałości

    Pewien młodzieniec zjawił się i świętego pustelnika i zapytał go, ile czasu będzie potrzebował, aby dojść do doskonałości.
- Dziesięć lat - odpowiedział mistrz, dyskretnie mierząc petenta wzrokiem.
- Tak długo? - zapytał z niedowierzaniem młody człowiek.
- O nie, pomyliłem się - rzekł święty mąż - ty będziesz potrzebował dwudziestu lat.
- Dlaczego podwoiłeś ten czas? - chciał wiedzieć kandydat do doskonałości.
- Jak tak głębiej się zastanawiam, to dochodzę do wniosku, że w twoim wypadku ta droga może potrwać i trzydzieści lat. 

1. Czy nie ma we mnie słomianego zapału na drodze wiary?
2. Czy nie zniechęcam się zbyt łatwo, nie widząc postępu na drodze wiary?

sobota, 13 czerwca 2015

Wspomnienie Niepokalanego Serca NMP

     Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie. Lecz On im odpowiedział: Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca? Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócił do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu (Łk 2, 48-51).

    Człowiek chciałby wszystko rozumieć, wiedzieć, znać odpowiedź na każde pytanie i każdą rozterkę. Ale zderza się często z rzeczywistością, której nie rozumie, nie potrafi
wyjaśnić. To może być wyzwanie dla umysłu, aby zmierzyć się z nieznanym, aby rozszerzać swoją wiedzę i umiejętności. 

     W odniesieniu do Pana Boga jest podobnie. Ciągle czym zadziwia. Nie sposób Go zrozumieć. Czasem wystarczy poszukać w jakiejś mądrej książce, by znaleźć odpowiedź teologów. 

       W relacji do Boga, który jest żywy i wciąż zadziwia, trzeba być jednak przygotowanym na to, że nie na każde pytanie otrzymamy odpowiedź. Nie wszystko potrafimy zrozumieć. Bóg jest większy od naszego umysłu. 

     Wówczas właściwym miejscem do przechowywania niezrozumiałego, przechowywania tajemnicy staje się ludzkie serce. Ona zachowywała wiernie wszystko w swoim sercu, Niepokalanym sercu. 

       Przechowywać w sercu to zawierzyć mimo braku zrozumienia. Otworzyć się na tajemnicę i pozwolić się prowadzić Temu, który odkrywa prawdę o sobie kiedy chce i ile chce. 

1. Jakie emocje mi towarzyszą, gdy czegoś nie rozumiem?
2. Czy potrafię zawierzyć Panu Bogu mimo tego, że nie wszystko rozumiem?