Rzekłem: "W połowie dni moich
odejść muszę.
W bramach otchłani mnie opuści
lat moich reszta".
Mówiłem: "Nie ujrzę już Boga
na ziemi żyjących,
nie zobaczę już nikogo
spośród mieszkańców tego świata.
Rozbiorą moje mieszkanie i przeniosą ode mnie
jak namiot pasterski.
Jak tkacz zwinąłem moje życie,
a Pan jego nić przeciął.
Nad którymi Pan czuwa, ci ożyją,
wśród nich dopełni się życie mego ducha.
Uzdrowiłeś mnie, Panie,
i żyć dozwoliłeś (Iz 38,10-12.16)
Dziś liturgia daje nam w miejsce psalmu modlitwę króla Ezechiasza, jednego z najlepszych królów ludu wybranego, którego panowanie przypada u końca VIII wieku przed Chrystusem.
Przeprowadził on reformę religijną, usunął bałwochwalstwo i na nowo skierował lud ku Bogu. Był to jednak czas ogromnego zagrożenia. Potężne imperium asyryjskie podbijało kolejne narody, a Jerozolima żyła w cieniu wojny. Właśnie wtedy, gdy ważyły się losy państwa, Ezechiasz ciężko zachorował.
Wtedy przybył do niego prorok Izajasz, by oznajmić: To mówi Pan: Rozporządź swoim domem, bo ty już umrzesz. Nie będziesz żył dłużej. Dla króla nie była to jedynie wiadomość o końcu życia. Oznaczała również niepewną przyszłość królestwa, niepewność trwania dynastii Dawida. Nic więc dziwnego, że Ezechiasz zwraca się do Boga z płaczem i modlitwą.
To modlitwa człowieka, który naprawdę uświadamia sobie własną kruchość. Mówi: W połowie dni moich odejść muszę. W bramach Otchłani mnie opuści lat moich reszta. Ma poczucie, że życie zostało przerwane zbyt wcześnie. Porównuje siebie do pasterskiego namiotu, który można szybko zwinąć, i do tkacza, któremu nagle przecięto nić. To niezwykle sugestywne obrazy pokazujące, jak kruche i przemijające jest ludzkie życie.
Ezechiasz żył objawieniem, które przyniósł Jezus Chrystus. Stary Testament nie mówi jeszcze jasno o życiu wiecznym. Dlatego król tak bardzo lęka się śmierci. Dla niego oznacza ona wejście w tajemniczą Otchłań – krainę umarłych, gdzie nie będzie już mógł wielbić Boga tak jak na ziemi.
Dla nas dzisiaj śmierć jest bramą, która prowadzi do spotkania z Bogiem. Dla Ezechiela oznaczała niepewność, wielką niewiadomą.
Ezechiasz nie ukrywa swoich łez. Nie udaje silnego. Przynosi Bogu swój lęk, bezradność i ból. To lekcja dla nas, która mówi, że prawdziwa wiara nie polega na tłumieniu emocji, ale na powierzaniu ich Panu. Bóg nie odrzuca szczerej modlitwy człowieka.
Czasem i nasze plany zostają nagle przerwane lub zburzone, że coś się kończy zbyt wcześnie; choroba, cierpienie czy trudne doświadczenie odbierają nam poczucie bezpieczeństwa. Historia Ezechiasza przypomina, że nawet w takich chwilach trzeba zwracać się do Boga. On pozostaje Panem naszego życia i naszego czasu. Nie wszystko rozumiemy, ale możemy Mu zaufać.


