zachód słońca

zachód słońca

czwartek, 22 października 2026

Czwartek 29. Tygodnia Zwykłego, wsp. św. Jana Pawła II

    Zginam kolana moje przed Ojcem, (...) aby według bogactwa swej chwały sprawił w was przez Ducha swego, by potężnie wzmocnił się wewnętrzny człowiek.  Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach, abyście w miłości zakorzenieni i ugruntowani (...) zostali napełnieni całą pełnią Boga (Ef 3,14.16-17.19b).


    W świetle słów św. Pawła próbuję popatrzeć na życie patrona dzisiejszego dnia - św. Jana Pawła II, szczególnie ostatnie lata jego posługi na stolicy Piotrowej.  

    Jego życie było bardzo głęboko zakorzenione w Chrystusie. On wiedział, że prawdziwa siła człowieka płynie z obecności w sercu Chrystusa. Nie dziwi więc, że tak wiele miejsca, nawet pośród wielkiego zmęczenia, poświęcał modlitwie. Tak wzrastał i umacniał się w nim wewnętrzny człowiek.

    Szczególnej wymowy nabierają te słowa w odniesieniu do ostatnich lat życia Jana Pawła II.  Ciało stawało się coraz słabsze, a duch wciąż pozostawał mocny. Nawet cierpienie stawało się świadectwem wiary, cierpliwości, ufności i bezgranicznego oddania. 

środa, 21 października 2026

Środa 29. Tygodnia Zwykłego

    Słyszeliście przecież o udzieleniu przez Boga łaski danej mi dla was, że mianowicie przez objawienie oznajmione mi została ta tajemnica, jaką pokrótce przedtem opisałem. Mnie, zgoła najmniejszemu ze wszystkich świętych, została dana ta łaska: ogłosić poganom jako Dobrą Nowinę niezgłębione bogactwo Chrystusa (Ef 3,2-3.8).


    Czytamy słowa św. Pawła kierowane do wspólnoty w Efezie, w którym dzieli się on prawdą o swoim wyjątkowym powołaniu do pełnienia posługi głoszenia Ewangelii wszystkim narodom. Dziś może nie zdajemy sobie sprawy z tej wyjątkowości. Ale tak zwany Sobór Jerozolimski, o którym mówią Dzieje Apostolskie, potwierdził misję Pawła, rozstrzygając pierwsze spory pomiędzy tymi, którzy wywodzili się z judaizmu, a tymi, którzy przychodzili do wspólnoty Kościoła ze świata pogańskiego. 

    Dzięki Bogu, za sprawą posługi Pawła i jego następców, my, którzy nie wywodzimy się ze świata żydowskiego, mogliśmy poznać Jezusa i otrzymaliśmy łaskę wiary i zbawienia. Chrześcijaństwo stało się religią powszechną. Ale patrząc na te początki, warto zauważyć dwa kolejne momenty historii Kościoła. 

    Sobór Watykański II odnowił sposób, w jaki Kościół patrzy dziś na siebie i na inne religie. W deklaracji Nostra aetate (nasza epoka) pojawiają się słowa: Kościół katolicki nic nie odrzuca z tego, co w religiach owych prawdziwe jest i święte. Ze szczerym szacunkiem odnosi się do owych sposobów działania i życia, do owych nakazów i doktryn, które chociaż w wielu wypadkach różnią się od zasad przez niego wyznawanych i głoszonych, nierzadko jednak odbijają promień owej Prawdy, która oświeca wszystkich ludzi. Głosi zaś i obowiązany jest głosić bez przerwy Chrystusa, który jest "drogą, prawdą i życiem" (J 14,6), w którym ludzie znajdują pełnię życia religijnego i w którym Bóg wszystko z sobą pojednał.

    Celowo cytuję ten tekst deklaracji, bo w ostatnich dniach ukazało się tłumaczenie nowego dokumentu Kościoła, jakim jest Nota: Droga Nadziei, w której Kościół po 60 latach od ogłoszenia deklaracji, mówi już na samym wstępie: Nostra aetate otworzyła nowy rozdział w historii relacji między katolikami, żydami oraz wyznawcami innych religii i tradycji duchowych. Było to znacznie więcej niż tylko zwykły tekst – deklaracja oznaczała głęboką zmianę w rozumieniu i wyrażaniu relacji Kościoła z wyznawcami innych religii.

    I druga rzecz, którą warto zauważyć. Ci, którzy przekazali nam wiarę, czynili to w duchu posługi miłości. Tylko tak przekazana wiara ma szansę na wewnętrzne przyjęcie. 

    Kościół poprzez swoje podejście do spraw związanych z przekazywaniem wiary, uczy nas szanować innych bez uprzedzeń, patrzeć z nadzieją i otwierać się na tych, którzy wciąż przychodzą, by poznawać Chrystusa i Dobrą Nowinę o zbawieniu.

    

wtorek, 20 października 2026

Uroczystość św. Jana z Kęt

       Nie odmawiaj, synu, chleba biedakowi, nie każ czekać oczom błagającym. Nie zasmucaj tego, kto głodny; nie rozjątrzaj człowieka w jego bezradności (Syr 4,1-2).

    Jaki z tego, moi bracia, pożytek, gdy ktoś powie, że ma wiarę, a uczynków nie ma? Czy taka wiara może go zbawić? (Jk 2,14).

    Jak chcecie, aby ludzie wam czynili, tak samo wy im czyńcie. Jeśli miłujecie tylko tych, którzy was miłują, jakaż to dla was chwała? (Łk 6,31-32).


    Liturgia stawia przed nami dzisiaj patrona Polski, Litwy, Krakowa, Uniwersytetu Jagiellońskiego, patrona studentów, nauczycieli oraz patrona miłosierdzia – św. Jana z Kęt. 

Człowieka wielkiej wiedzy, głębokiej wiary, ale przede wszystkim niezwykłej wrażliwości na drugiego człowieka.

    Słowo kieruje naszą uwagę ku jednej z najpiękniejszych, a zarazem najbardziej wymagających postaw chrześcijańskich – ku miłosierdziu.  Ku wrażliwości serca, która potrafi dostrzec ludzką biedę, zatrzymać się przy cierpiącym i odpowiedzieć konkretnym czynem.

    Taka była świętość Jana Kantego. Nie zamykała się w murach uniwersytetu, wśród ksiąg, wykładów i teologicznych rozważań. Wychodziła na ulice Krakowa, spotykała ubogich, pochylała się nad potrzebującymi. 

    Był wybitnym uczonym i kaznodzieją. W swoich kazaniach mówił o Bożym miłosierdziu, o ludzkim grzechu, o niewdzięczności człowieka wobec Boga, który nie przestaje przebaczać. Jego słowa prowadziły wielu do nawrócenia i przemiany życia. 

    Nie bez powodu nazywano go też ojcem ubogich. Zasłynął hojnością, bezinteresownością i gotowością dzielenia się tym, co posiadał. Nie traktował biednych jak problemu, który trzeba rozwiązać, lecz jak braci, których trzeba pokochać. Dostrzegał w nich przede wszystkim godność człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boga.

    W tym miejscu chcę przywołać jeszcze jednego świętego – św. Józefa Kalasancjusza, założyciela pijarów, człowieka, który podobnie jak Jan z Kęt potrafił dostrzec Boga w twarzy potrzebującego.

    Dzieliły ich niemal dwa stulecia, różniły miejsca i okoliczności życia, ale łączyło jedno: przekonanie, że miłość do Boga musi prowadzić do miłości człowieka.

    Jan Kanty dostrzegał ubogich na ulicach Krakowa. Józef Kalasancjusz, przemierzając ulice Rzymu, zobaczył dzieci pozostawione samym sobie – biedne, pozbawione możliwości nauki, często pozbawione także nadziei na lepszą przyszłość. Zrozumiał, że tym dzieciom nie wystarczy współczuć. Trzeba dać im szansę. Trzeba otworzyć przed nimi drzwi do wiedzy, wychowania i wiary.

    Jakże pięknie spotykają się w tym miejscu drogi tych dwóch świętych! Jan z Kęt – profesor, który nie zapomniał o ubogich. Józef Kalasancjusz – wychowawca, który nie zapomniał o dzieciach. Obaj przypominają, że prawdziwą wielkość człowieka zmierzyć można jedynie tym, ile dobra potrafi pozostawić w życiu innych.