Liturgia prowadzi nas dzisiaj przed obraz Matki Jasnogórskiej. Twarz Maryi nie jest twarzą beztroską. Jest poważna, naznaczona charakterystycznymi bliznami. Można w niej zobaczyć obraz Matki, która zna ludzkie cierpienie.
Przed ten obraz przychodzą ludzie ze swoimi własnymi ranami: z chorobą, samotnością, troską o dzieci, kryzysowymi sytuacjami, niepewnością jutra, grzechem czy zagubieniem.
A Ona prowadzi do Jezusa. Podobnie jak w Kanie Galilejskiej, pierwsza zauważa: Nie mają wina. Dostrzega brak, zanim ktokolwiek zdąży poprosić Ją o pomoc. Właśnie tak możemy przeżywać obecność Matki Bożej Częstochowskiej: jako obecność Matki, która widzi nasze braki i zanosi je do Syna. Nie stawia siebie na miejscu Jezusa. Nie mówi: Ja rozwiążę wasz problem. Mówi Jezusowi o człowieku, a człowiekowi mówi o Jezusie.
Możemy popatrzeć na nasze życie przez obraz wesela w Kanie. Czasem wszystko wydaje się być na swoim miejscu, a jednak w pewnym momencie odkrywamy: nie mam już wina. Nie mam cierpliwości. Nie mam siły. Nie potrafię przebaczyć. Nie wiem, jak dalej żyć. Nie umiem pomóc komuś, kogo kocham. Moja wiara osłabła. Moja modlitwa stała się pusta.
Maryja nie przychodzi wówczas z dobrą radą: Musisz być silniejszy, na pewno sobie poradzisz. Wskazuje na Jezusa: Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie.


