Chrystus umarł za nas, jako za grzeszników, w oznaczonym czasie, gdy jeszcze byliśmy bezsilni (Rz 5,6).
Wtedy przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości (Mt 10,1).
W różnych zestawieniach kościelnych wiele miejsca poświęca się statystykom: mało chrztów, mało spowiedzi, mało ślubów, dużo pogrzebów… Nie, nie ma nic złego w pragnieniu, by jak najwięcej osób korzystało z łaski i uczestniczyło w życiu parafii, Bóg kocha duże zgromadzenia ludzi, o czym mówią nam także czytania, ale problem zaczyna się wówczas, gdy statystyka zamienia ludzi w bezimienny tłum…
Spójrzmy na wydarzenia u stóp góry Synaj. Tłum zbiegłych niewolników. I właśnie wtedy Bóg przychodzi do nich, nie z nakazami, ale z zapewnieniem, z wyznaniem miłości: Niosłem was na skrzydłach orlich i przywiodłem was do Mnie. Bóg wyzwala, by zawrzeć z nami przymierze i powierzyć nam zadania: Będziecie szczególną moją własnością pośród wszystkich narodów… będziecie Mi królestwem kapłanów i ludem świętym.
Być własnością Boga nie oznacza bycia niewolnikiem. Bóg czyni z nas swoje dzieci. Przynależność do Boga jest znakiem godności. Bóg proponuje nam tożsamość ludu, który żyje po to, by odzwierciedlać Jego oblicze pośród dziejów świata.
Święty Mateusz w bardzo ciekawy sposób zaczyna ten fragment Ewangelii: Jezus, widząc tłumy, litował się nad nimi, bo byli znękani i porzuceni, jak owce niemające pasterza. Jezus nie patrzy w sposób powierzchowny na ludzi. Potrafi dostrzec ukryty ból, samotność, zmęczenie. Jezus nie widzi liczb, widzi osoby. Nie widzi masy – widzi ludzkie historie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz