Jaki z tego, moi bracia, pożytek, gdy ktoś powie, że ma wiarę, a uczynków nie ma? Czy taka wiara może go zbawić? (Jk 2,14).
Jak chcecie, aby ludzie wam czynili, tak samo wy im czyńcie. Jeśli miłujecie tylko tych, którzy was miłują, jakaż to dla was chwała? (Łk 6,31-32).
Liturgia stawia przed nami dzisiaj patrona Polski, Litwy, Krakowa, Uniwersytetu Jagiellońskiego, patrona studentów, nauczycieli oraz patrona miłosierdzia – św. Jana z Kęt.
Człowieka wielkiej wiedzy, głębokiej wiary, ale przede wszystkim niezwykłej wrażliwości na drugiego człowieka.
Słowo kieruje naszą uwagę ku jednej z najpiękniejszych, a zarazem najbardziej wymagających postaw chrześcijańskich – ku miłosierdziu. Ku wrażliwości serca, która potrafi dostrzec ludzką biedę, zatrzymać się przy cierpiącym i odpowiedzieć konkretnym czynem.
Taka była świętość Jana Kantego. Nie zamykała się w murach uniwersytetu, wśród ksiąg, wykładów i teologicznych rozważań. Wychodziła na ulice Krakowa, spotykała ubogich, pochylała się nad potrzebującymi.
Był wybitnym uczonym i kaznodzieją. W swoich kazaniach mówił o Bożym miłosierdziu, o ludzkim grzechu, o niewdzięczności człowieka wobec Boga, który nie przestaje przebaczać. Jego słowa prowadziły wielu do nawrócenia i przemiany życia.
Nie bez powodu nazywano go też ojcem ubogich. Zasłynął hojnością, bezinteresownością i gotowością dzielenia się tym, co posiadał. Nie traktował biednych jak problemu, który trzeba rozwiązać, lecz jak braci, których trzeba pokochać. Dostrzegał w nich przede wszystkim godność człowieka stworzonego na obraz i podobieństwo Boga.
W tym miejscu chcę przywołać jeszcze jednego świętego – św. Józefa Kalasancjusza, założyciela pijarów, człowieka, który podobnie jak Jan z Kęt potrafił dostrzec Boga w twarzy potrzebującego.
Dzieliły ich niemal dwa stulecia, różniły miejsca i okoliczności życia, ale łączyło jedno: przekonanie, że miłość do Boga musi prowadzić do miłości człowieka.
Jan Kanty dostrzegał ubogich na ulicach Krakowa. Józef Kalasancjusz, przemierzając ulice Rzymu, zobaczył dzieci pozostawione samym sobie – biedne, pozbawione możliwości nauki, często pozbawione także nadziei na lepszą przyszłość. Zrozumiał, że tym dzieciom nie wystarczy współczuć. Trzeba dać im szansę. Trzeba otworzyć przed nimi drzwi do wiedzy, wychowania i wiary.
Jakże pięknie spotykają się w tym miejscu drogi tych dwóch świętych! Jan z Kęt – profesor, który nie zapomniał o ubogich. Józef Kalasancjusz – wychowawca, który nie zapomniał o dzieciach. Obaj przypominają, że prawdziwą wielkość człowieka zmierzyć można jedynie tym, ile dobra potrafi pozostawić w życiu innych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz